Gizmodrome

Gizmodrome

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy Gizmodrome
Recenzje
2017-11-10
Nasza ocena:
7 /10

Adrian Belew nie został zaproszony do reaktywowanego składu King Crimson w roku 2013.

Ponoć dostał jedynie maila od Roberta Frippa, że Karmazynowy Król znów żyje, ale jego na swoich usługach potrzebować nie będzie. Nie tak dawno gruchnęła wiadomość, że Fripp jednak potrzebuje Adriana Belewa i gitarzysta oficjalnie wrócił na dwór Karmazynowego Króla. Nieodgadnione są zamiary Roberta Frippa. Źle to wróży supergrupie Gizmodrome, w której skład wchodzi właśnie Belew, Stewart Copeland (perkusista The Police), Mark King (basista Level 42) i włoski klawiszowiec Vittorio Cosma.

Kiedy słucha się materiału od Gizmodrome, bez zająknięcia można powiedzieć, że na brzmieniu całości odbiło się piętno przede wszystkim dwóch ojców. Krążek łączy w sobie to co Belew grał na albumie King Crimson "Discipline" (przede wszystkim w utworach "Elephant Talk", "Frame by Frame" i "Thela Hun Ginjeet" - czyli tej bardziej przebojowej i kolorowszej części twórczości) z charakterystycznym dla Stewarta Copelanda synth-popowym brzmieniem z czasów "Synchronicity". Dzieło dopełnia klangujący po swojemu Mark King. Nad materiałem rozciąga się również gęsta chmura new wave, fusion i funku, a także inspiracji takich jak Frank Zappa czy Primus.

To muzyka dość charakterystyczna i nie dla każdego, mimo całkiem przyjemnych, popowych refrenów. Wiąże się to głównie z eksperymentalnym charakterem materiału, to znaczy eksperymentalnym w latach '80, ale powiedzmy sobie szczerze, że do dziś estetyka King Crimson z tamtego okresu nie ma swoich naśladowców, zarówno pop jak i rock zawędrowały w zupełnie innym kierunku. Słuchacze nie sięgający głębiej ponad gitarowy mainstream do takiego grania przyzwyczajeni nie są. Gizmodrome jest przede wszystkim dziwaczny instrumentalnie. Dźwiękowe warkocze gitar, złożone rytmy perkusyjne, cała masa instrumentalnych szaleństw, sporo solówek (doskonały Below, świetny Cosma) i linii wokalnych Copelanda w większości opierających się na mocno zdziwaczałych melorecytacjach.

Debiut Gizmodrome to bez wątpienia muzyka ciekawa, niebanalna, szyta na miarę talentów się w niej udzielających. Przede wszystkim w tych swoich eksperymentach Copeland, Belew i reszta są wyjątkowo rozrywkowi, po prostu dobrze się bawią i to na "Gizmodrome" słychać doskonale. Szczególnie zainteresowani powinni być ci, którzy chcieliby posłuchać jak prawdopodobnie brzmiałby mariaż dwóch kultowych i rewolucyjnych płyt lat ‘80: "Discipline" i "Synchronicity".

Grzegorz Bryk