David Gilmour

Live at Pompeii

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy David Gilmour
Recenzje
2017-11-07
Nasza ocena:
7 /10

Trąci fantastyką, czystą niesamowitością, świadomość, że David Gilmour wrócił do Pompei po 45 latach.

Gdy w 1971 roku zagrał dziś już legendarny koncert bez udzpiału publiczności w ruinach pompejskiego amfiteatru, miał 25 lat, włosy za ramiona i pewnie tylko w snach marzył o tym, by uchodzić za wirtuoza gitary, i że jego zespół stanie się jedną z najwybitniejszych grup w dziejach muzyki rozrywkowej. Pink Floyd taplali się wtedy w odmętach psychodelii i byli w przededniu wydania epokowego "The Dark Side of the Moon" - prace nad tym albumem można obejrzeć w wersji reżyserskiej floydowskiego "Live at Pompeii". Dziś Gilmour ma już ponad 70 lat i swoje hasło w każdej encyklopedii. Mógłby równie dobrze zasiąść przy kominku z kubkiem herbaty, brzdąkać na akustyku "Wish You Were Here" ku pamięci wszystkich przyjaciół, których przeżył i delektować się blaskiem sławy, ale postanowił raz jeszcze spakować Stratocastera w futerał i ruszyć do Włoch by zagrać koncert.

"Live at Pompeii" ukazał się w kilku wersjach, między innymi w kolekcjonerskich boksach, na winylu, ale przede wszystkim wersja z obrazem (DVD i BlueRay) i najskromniejsza, będąca dwupłytowym zapisem audio. Właśnie kompaktowa edycja zakręciła się w odtwarzaczu.

Rozpoczyna się od materiału z solowego "Rattle That Lock". Nawet gdyby ktoś nie zerknął na okładkę albumu, to po pierwszych gitarowych taktach "5 A.M" od razu wiedziałby, że za struny szarpie Gilmour - kompozycja, która w studiu robiła średnie wrażenie, nie ukrywajmy, że Gilmour ma w repertuarze kilka lepszych instrumentalnych numerów, tu jawi się jako niezwykle smakowity wstęp. Później zabrzmi wciąż taki sobie "Rattle That Lock" i zdecydowanie jeden z najlepszych numerów z ostatniej solówki "Faces of Stone" - w Pompejach czarujący jeszcze mocniej za sprawą pięknego pianina i przejmujących gitarowych solówek. Rzemieślniczo wypadł "What Do You Want From Me", pierwszy z floydowskiego repertuaru, a "The Blue" nudzi tak jak za czasów "On An Island". Tylko z początku owacje wzbudził "The Great Gig in the Sky" - numer potraktowano nieco eksperymentalnie, bo mamy tu wokalizy na trzy głosy, ale niektóre partie okropnie fałszują, nadekspresja bije po uszach. "A Boat Lies Waiting" również nie zyskał nowego życia dzięki Pompejom, a "Wish You Were Here" zaśpiewane z publicznością brzmiało lepiej już wielokrotnie.

Na całe szczęście Gilmour powoli zaczął wyciągać asy z rękawa już przy świetnej wersji "Money", gdzie rewelacyjne dialogi prowadzą w środkowej, wyciszonej partii, gitary. "In Any Tongue" to przede wszystkim fantastyczna gitara Gilmoura. "High Hopes" to kolejny numer, który brzmiał dużo lepiej choćby na "PULSE" czy "Remember That Night", w Pompejach okropnie poprowadzono środkową, instrumentalną część z solówką na gitarze klasycznej, tam gdzie powinny wejść kotły budując podniosły nastrój dzieją się jakieś półplastikowe rzeczy. Jedynym utworem z setlisty pierwszego koncertu w pompejskim amfiteatrze jest apokaliptyczny "One of These Days" - 45 lat później zagrany genialnie, to chyba najlepsza dostępna na oficjalnych nośnikach wersja tej kompozycji. Można tylko żałować, że Gilmour sięgnął tylko po pierwszą część "Shine On You Crazy Diamond", bo kiedy jak nie teraz mógł sobie pozwolić na całość? "Fat Old Sun" to zgrabny powrót do czasów "Atom Heart Mother", "Coming Back to Life" miło rozbujał koncert, a "On an Island" delikatnie rozkołysał przed przyjemnie funkującym "Today".

Gdy zaryczała gitara w "Sorrow" można się było spodziewać, że show zmierza ku końcowi, a "Smutek" w Pompejach wypadł przynajmniej bardzo dobrze. "Run Like Hell" ujawnił zmęczenie gardła Gilmoura, który śpiewa dość słabo w porównaniu ze świetnym, partnerującym mu Guy'em Prattem. Idealnym prezentem dla fanów są całkiem słuszne wersje "Time" i "Breathe", a koncert zamyka - a jakże by inaczej - "Comfortably Numb". Niestety zarówno "Run Like Hell", tak i "Comfortably Numb" lepiej zagrały na "PULSE", choć ten drugi niepozbawiony uroku przegrywa z dużo bardziej dramatyczną gitarową końcówką z roku 1994.

"Live at Pompeii" dobiega końca i pozostaje zastanawiać się dlaczego Gilmour nie sięgnął po więcej "starego", byłoby to umotywowane tym, że to przecież powrót do Pompejów, więc można było zbudzić duchy przeszłości, nieco zaskoczyć setlistą. Zamiast tego dostaliśmy sporo nowych rzeczy, ale tego Gilmourowi za złe mieć nie można, bo to w końcu jego show, a nie Pink Floyd. Niestety dość wyraźnie ujawniło to, jak nowe kompozycje odstają jakością od klasycznych, floydowskich, szczególnie tych sprzed "The Division Bell". Zastanawia też dlaczego z XXI wiecznego repertuaru nie sięgnięto, dajmy na to, po "Take A Breath", które tak świetnie zabrzmiało na "Remember That Night". Zresztą można było śmiało pociągnąć jakieś tematy z pierwszych dwóch solówek gitarzysty, bo kilka perełek by się tam znalazło. Kolejna istotna sprawa, że nawet jak już Gilmour sięga po Pink Floyd, to wszystkie te utwory lepiej wybrzmiały na poprzedniej solowej koncertówce "Live in Gdańsk" - chociażby za sprawą "Echoes" w setliście koncert z Gdańska wypada dużo donioślej niż ten z Pompejów. Wydaje się również, że występ z Włoch jest nieco zbyt rzemieślniczy, zabrakło w tej rutynie szczypty szaleństwa.

To co się może najbardziej podobać na "Live at Pompeii" to doskonałe, ciepłe, selektywne brzmienie blisko sceny, a może i na niej - między muzykami. Album pod tym względem jest absolutnym dziełem sztuki realizatorskiej. Przede wszystkim jednak nieprzerwanie fantastyczne są gitarowe solówki Davida Gilmoura, i mimo że miewał on lepsze koncerty wydane zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i jako Pink Floyd, to dźwiękowy zapis "Live at Pompeii" potrafi oczarować i pochłonąć.

Grzegorz Bryk