Krzysztof Wałecki

Vintage Covers

Gatunek: Rock i punk

Pozostałe recenzje wykonawcy Krzysztof Wałecki
Recenzje
2017-05-04
Krzysztof Wałecki - Vintage Covers Krzysztof Wałecki - Vintage Covers
Nasza ocena:
9 /10

Większość ludzi podchodzi do muzyki na sposób inżyniera Mamonia - "Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem - po prostu. To poprzez reminiscencje. No jakże może mi się podobać piosenka, którą pierwszy raz słyszę?".

Tak w uproszczeniu działa psychologiczny efekt czystej ekspozycji - nasze podejście do konkretnego obiektu zmienia się na skutek rosnącej liczby kontaktów z nim, nawet bez konieczności świadomego rozpoznawania konkretnego bodźca. W przypadku piosenek, nawet jeśli nie zapamiętamy dokładnie całego utworu, to zazwyczaj w głowie zostaje przynajmniej jakiś chwytliwy riff, fragment melodii czy tekstu.

Covery zazwyczaj traktuje się jako domenę początkujących zespołów, które dopiero uczą się współpracy, zgrywają się doskonaląc swój warsztat. Inaczej jest przypadku doświadczonych muzyków, kiedy nagranie coveru najczęściej jest oddaniem hołdu jego twórcy, a jednocześnie okazją by zaprezentować własną inwencję i możliwości aranżacyjne, czy grając utwór w konwencji innej niż oryginalna, często z rozbudowanymi solówkami. To też okazja do zabawy muzyką - tak jest w przypadku trzeciej płyty zespołu Vintage, gdzie na dwóch poprzednich był wyłącznie autorski materiał z polskimi tekstami.

Zbiór coverów otwiera "The Locomotion" z repertuaru Little Evy z chórkami Jadwigi Lichtarowicz. Drugi utwór to kawałek irlandzkiego folkloru, czyli "Whiskey In The Jar" z riffem Thin Lizzy, ale zagrany spokojniej niż zrobiła to Metallica, której "Enter Sandman" był dla mnie jednym z największych zaskoczeń na płycie - gitary wreszcie zabrzmiały soczyście i rockowo, a nie sucho i metalurgicznie przez mocno skonturowany środek pasma. "Hoochie Coochie Man" otwiera spokojna melorecytacja tekstu, utwór jest zagrany na początku leniwie i niczym na dobrym jam session napięcie rośnie do długiej, iskrzącej solówki. Na płycie znalazły się hity klasycznych kapel z przełomu lat 60. i 70. XX w.: Creedence Clearwater Revival ("Proud Mary" w wersji akustycznej, "Bad Moon Rising"), Grand Funk Railroad ("Are You Ready", "Heartbreaker", "Some Kind of Wonderful"), Thin Lizzy ("Boys Are Back In Town"). Jest klasyk "Wild Thing", którego pierwszą wersję nagrali The Wild Ones (wersja The Troggs była już coverem). Nie mogło też zabraknąć ballad - jest "Little Wing" Jimi Hendrixa, a "Never Tear Us Apart" z repertuaru INXS zyskało nowy wyraz. Ostatnie cztery utwory to wersje akustyczne wykonane w duecie Krzysztofa Wałeckiego z Dariuszem Pietrzakiem. Dwa pudła, dwóch śpiewających facetów i nie trzeba nic więcej. "Proud Mary" CCR, "Like a Rolling Stone" Boba Dylana, "Bad Mood Rising" CCR z porywającą solówką skrzypiec w wykonaniu Elżbiety Skrzymowskiej i na koniec chwytający za serce "The Boxer" Simona i Garfunkela.

Krzysztof Wałecki jest świetnym wokalistą i gitarzystą - maniakiem sprzętowym, którego pasja nie idzie w ilość instrumentów, ale w jakość. Bardzo starannie dobiera poszczególne egzemplarze, zazwyczaj również je modyfikując - np. wzmacniając konstrukcje gryfów, bo przecież nie każda gitara bez uszczerbku wytrzyma naciąg strun w rozmiarze 13-60 (!). Żaden zwyczajny gitarzysta nie jest w stanie zagrać na gitarze Krzyśka czegoś więcej niż proste akordy w niskich pozycjach. Podobnie jest w kwestii wzmacniaczy - w arsenale Krzysztofa nie znajdziemy standardowych, oklepanych modeli, ale customowe konstrukcje, albo przynajmniej wzmacniacze dopieszczone przez specjalistów. Gitary brzmią znakomicie i są przyprawione starannie dobranymi efektami - na płycie jest ich wiele, są zróżnicowane i użyte z rozsądkiem. Vintage to trio - Paweł Szafraniec na perkusji i Michał "Boras" Borowiak tworzą świetnie zgraną i dynamiczną sekcję rytmiczną.

Płyta powstawała przez około trzy lata - bez pośpiechu, bez stresu, bez ścigania się z kimkolwiek (nawet z samym sobą), bez udowadniania czegokolwiek. To jest jej główny atut. "Vintage Covers" to czysta radość z grania ukochanej muzyki - przykurzone kamienie milowe rocka znów zalśniły niczym spłukane wiosennym deszczem i wciąż zachwycają, co jest również zasługą znakomitej realizacji Bartosza Lichtarowicza ze studia Polna 13.

Album jest świetnym prezentem, nie tylko gwiazdkowym, o czym już się przekonało spore grono melomanów, ale dzięki swojej uniwersalności nadaje się na wiele innych okazji i dla różnych odbiorców, nie tylko dla "młodzieży w średnim wieku" pamiętającej czasy Hendrixa. Jeszcze jedno - pierwsze przesłuchanie tej płyty powinno się odbyć w domu, a nie w samochodzie, bo ta muzyka porywa, a człowiek natychmiast podkręca głośność i odfruwa w krainę dźwięków, rycząc refreny, albo i całe piosenki (a to dekoncentruje kierowcę). Płyta ma na mojej półce honorowe miejsce i z przyjemnością do niej wracam nie tylko "przez reminiscencje", ale przez ogromny ładunek pozytywnych emocji. Po prostu - Vintage, czyli hard and happy rock and roll!

Wojciech Wytrążek