Black Sabbath

Paranoid (Super Deluxe)

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Black Sabbath
Recenzje
Szymon Kubicki
2020-10-30
Black Sabbath - Paranoid (Super Deluxe) Black Sabbath - Paranoid (Super Deluxe)
Nasza ocena:
10 /10

Zaledwie kilka miesięcy po premierze debiutu w lutym 1970 roku, Black Sabbath miał już gotowe kompozycje na kolejny krążek. 50 lat temu, 18 września ukazał się "Paranoid".

Rozpędzony kwartet (mowa tu oczywiście o tempie pracy, nie o szybkości walcowatych kompozycji) wrócił wówczas z jeszcze lepszym materiałem. Takiego drugiego albumu, do tego nagranego po tak krótkiej przerwie mógłby pozazdrościć im każdy inny zespół. "Paranoid" okazał się nie tylko największym komercyjnym sukcesem Black Sabbath w ogóle (pozostaje nim zresztą do dzisiaj) i trafił na szczyt brytyjskiej listy przebojów (to osiągnięcie udało się powtórzyć dopiero "13" w 2013 roku), ale przede wszystkim totalnym monolitem, wspaniale dopracowanym w najmniejszym szczególe i po brzegi wypełnionym absolutnymi evergreenami.

"Każdy zajebisty riff został już napisany przez Black Sabbath. Wszystko, co robią inni, to po prostu zrzynka. Albo grasz trochę inaczej, trochę szybciej lub wolniej, ale oni to wszystko już zrobili" - trafnie zauważył kiedyś Rob Zombie. Nie ma drugiego takiego zespołu, który w większym niż Black Sabbath stopniu wywarłby wpływ na kolejne generacje muzyków, a określenie 'ojcowie chrzestni' czy 'wynalazcy metalu' nie jest w najmniejszym stopniu przesadzone. Sabbs w decydujący sposób przyczynili się do ukształtowania tego gatunku i wielu jego odmian (by wspomnieć choćby tylko doom, stoner czy sludge), a przy tym zainspirowali niezliczone legiony metalowych i rockowych formacji, które niejednokrotnie niemal dosłownie cytowały, i wciąż cytują, twórczość swych mistrzów. Nieźle, jak na czwórkę startujących od zera kolesi z klasy robotniczej, którzy chcieli tylko pograć nieco cięższego bluesa.

Okrągła rocznica "Paranoid" to doskonała okazja do świętowania. I to świętowania hucznego, bo jubileuszowy box, który ukazał się niedawno nakładem BMG oddaje należny hołd temu klasycznemu albumowi. O "Paranoid" powiedziano i napisano już wszystko, a fani znają na wylot wszelkie dotyczące go opowieści, dlatego próba ujęcia w krótkiej recenzji nowych spostrzeżeń na temat fenomenu krążka czy samego zespołu jest zasadniczo z góry skazana na porażkę. Tak czy owak, kto chciałby poszerzyć wiedzę, może sięgnąć do dołączonej do wydawnictwa 60-stronicowej książki w twardej okładce, w której zawarto obszerną historię albumu oraz mnóstwo rzadkich zdjęć, okładek innych wydań czy bookletów taśm-matek.

Najważniejsza pozostaje jednak zawartość muzyczna, a tu czeka na słuchaczy naprawdę sporo dobra, bo aż cztery krążki CD, wydane w formie winylowych replik. Poza oryginalnym albumem jest tu również jego wersja alternatywna z miksem kwadrofonicznym dokonanym w 1974 roku, a także dwa koncerty z 1970 roku, dostępne wcześniej tylko w formie bootlegów. Koncerty brzmią dobrze, choć surowo, i na szczęście, w przeciwieństwie do dzisiejszego standardu, nie noszą śladów studyjnego liftingu. Pierwszy z nich został zarejestrowany w Montreux 31 sierpnia 1970, a więc chwilę przed premierą "Paranoid". To gratka dla miłośników Ozzy'ego, bowiem jego głos jest tu bardzo wyraźnie wyciągnięty w miksie, na czym nieco traci reszta instrumentów, w tym bębny Billa Warda. Drugi z występów nagrano 3 października w Brukseli, na potrzeby belgijskiej telewizji i tu już całość jest bardziej wyrównana. W obydwu dość krótkich setach zdecydowanie dominuje materiał z "Paranoid", choć niestety brakuje genialnego i jednego z moich ulubionych "Electric Funeral".

Zestaw uzupełnia plakat oraz replika programu z trasy, w którym cytowany Tony Iommi stwierdza: "Wolałbym głodować niż sprzedawać się w bardziej komercyjnych formach muzycznych." Głód jednak chłopakom nigdy nie zagroził, i pomimo późniejszych licznych zawirowań, zmian personalnych i słabszych momentów, owa bezkompromisowa postawa przełożyła się na niewzruszalny kanon, którego po prostu nie wypada nie znać. W końcu, jak ponoć stwierdził Henry Rollins, "możesz ufać tylko sobie i pierwszym sześciu płytom Black Sabbath." Amen.