Hatesphere

Reduced to Flesh

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Hatesphere
Dodaj do ulubionych źródeł w Google
Recenzje
Grzegorz Pindor
2019-02-26
Hatesphere - Reduced to Flesh Hatesphere - Reduced to Flesh
Nasza ocena:
7 /10

Duńscy thrash metalowcy z Hatesphere przypomnieli o sobie dziesiątym albumem w karierze. Bez dużej kampanii marketingowej, bez wielkich tras u boku największych europejskich załóg, ale robią to w sposób na tyle godny uwagi, aby o „Reduced to Flesh” pisać niemal wyłącznie w samych superlatywach.

Kiedy 11 lat temu z szeregów skandynawskiego komando odszedł wokalista i producent Jakob Bredahl panowie zniknęli z mojego radaru, a przy zespole zostali tylko najwierniejsi fani. Jak się miało okazać, była to tylko pierwsza ze zmian jakie nastąpiły w składzie. Najważniejszym ogniwem spajającym kolejne inkarnacje HateSphere niezmiennie pozostał Pepe Hansen, który od niemal dwudziestu lat stoi na straży brzmienia swojego dziecka. Zmieniali się wokaliści (i to decydowało o spadającym zainteresowaniu grupą), zmieniali się mniej lub bardziej zapatrzeni w At The Gates perkusiści, ale trzon i mózg całego przedsięwzięcia ani razu nie obejrzał się na innych.

Z jednej strony, ta konsekwencja w działaniu i wałkowanie przez tyle lat dość podobnych (ale nie wtórnych) patentów budzą podziw (wszak zespół można rozpoznać już po pierwszym riffie otwierającego płytę, „Corpse of Mankind”), tak z drugiej, panowie w pewnym sensie – niezależnie od składu – zostali złapani w sidła lidera, który za nic w świecie nie chce zmieniać sprawdzonej formuły. Duńczycy rzadko zwalniają żeby grzebać w stoner-sludge’owym mule, co zresztą wielokrotnie miało miejsce w przeszłości. Zamiast tego wolą serwować proste, energetyczne strzały. Tak jakby nie mieli po cztery dychy na karku, a dwadzieścia lat i chcieli puścić oczko w stronę nieistniejącego już Cataract.

Te czasy na całe szczęście już minęły, i choć mam wrażenie déjà vu, „Reduced to Flesh” to kawał pierwszorzędnego thrashowego łojenia skierowanego do odbiorców, którzy w metalu szukają prostoty i (oczywiście skandynawskiej) chwytliwości, a dopiero potem technicznych popisów. Tych ostatnich mamy tutaj jak na lekarstwo – i dobrze, bo HateSphere najlepiej sprawdza się najlepiej w walących po pysku numerach („Can of Worms”, „Petty”), w których słuchacz chciałby ścigać się z rozpędzoną sekcją rytmiczną.

Czas spędzony z dziesiątym albumem Duńczyków mija naprawdę szybko i mam nadzieję, że panowie pojawią się u nas jesienią w towarzystwie… kolegów z północy, czarodziejów z Mors Principium Est. Smutne melodie będą dobrze kontrastowały z kolejnymi wystrzałami spod palców Pepe, a Esbe, do którego nie potrafiłem się przekonać, może okazać się nie tylko dobrym krzykaczem, który po latach zmienił swój metalcore’owy sposób śpiewu, co charyzmatycznym frontmanem, który kupi polską publiczność.

Oby!

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Gitarzysta do ulubionych źródeł