Denoi

Disco Violence

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Denoi
Recenzje
Grzegorz Bryk
2017-12-04
Nasza ocena:
8 /10

Nasi sąsiedzi zza miedzy, czescy muzycy z Denoi, już kilkakrotnie odwiedzali Polskę. Koncertowali między innymi w Chorzowie i Krakowie.

Jestem pewien, że pozostawili po sobie doskonałe wrażenie, bo mając taki materiał jak "Disco Violence", trudno to spartolić. W pamięci zapadła mi płyta pop punkowej ekipy Fall Out Boy sprzed paru lat, nie jestem jakimś wielkim fanem bandu, ale ich "Save Rock and Roll" to kawał rozbujanego i naładowanego energią grania, takiego z pogranicza radia, dyskoteki i punka. To był dobry krążek. A teraz wyobraźcie sobie, że "Save Rock and Roll" naszprycowano sterydami, wciśnięto w gardło papryczki Carolina Reaper, a na dodatek w jedną rękę wsadzono katanę, a w drugą miotacz ognia - tak właśnie brzmi "Disco Violence". Czescy muzycy specjalnie na potrzeby własnej twórczości ukuli termin "disco metal" i szczerze mówiąc nie mogę sobie wyobrazić bardziej trafnej szufladki.

To coś z pogranicza Linkin Park, Limp Bizkit i Disturbed, tylko że Denoi są fajniejsi, bo od pierwszej nuty puszczają do słuchacza oczko, dają jasny sygnał, że to żart i nie należy ich muzyki traktować zbyt serio. Oczywiście materiał sam w sobie jest całkiem serio, zrealizowany na absolutnie światowym poziomie, ale Denoi nie próbują wciskać komuś, że tworzą sztukę wysokiego kalibru. No bo kto na poważnie ściągałby metal do dyskoteki. To trochę jakby księżniczkę do rynsztoku prowadzić - dwa różne światy. Na "Disco Violence" elektronika łączy się z nu metalem, w tyglu mąci punk i rapcore, scratche współgrają z piekielnie ciężkimi gitarami i zwierzęcymi wokalami. Myślę, że taką płytę nie tak dawno próbowali nagrać Seek Irony, tyle że ich "Tech N' Roll" to była muzyka nieciekawa, nudna i po prostu zła. Denoi to totalnie przeciwieństwo Amerykanów - tu jest zabawa, hulanka i obrazoburstwo. Myślę, że gdyby feministyczne środowiska zobaczyły wnętrze wyjątkowo ładnie wydanego digipacka, to nawet ta ateistyczna jej część, by się przeżegnała. Tekstowo nie jest lepiej, wystarczy fragment numeru o wiele mówiącym tytule "One Night Toys": "Hey whores fuck your boys, get the fuck up on my horse! Jump! Jump! Jump!".

Rzecz w tym, że Denoi rzeczywiście zaciągnęli metal do dyskoteki i stworzyli wyjątkowo skoczną, swojską i po prostu rozrywkową jego wersję, przy okazji wyśmiewając, albo malując przerysowany obraz dyskotekowych klimatów rodem z podtoruńskiego Kokocka. Tu jest totalny flow, masa energii władowanej w muzykę, kilka naprawdę świetnych, wpadających w ucho momentów ("Crush The Club!" to przecież hicior, a taki "Still Alive", gdyby go lekko złagodzić, mógłby się znaleźć na albumie Linkin Park). Mnie szczególnie podobają się te momenty, gdzie zespół już jaśniej nie może pokazać, że to dowcip ("My House - My Castle" jest idealnym tego przykładem) albo na prostym, dyskotekowym rytmie tworzy huragan riffów i melodyjnych refrenów ("Let Me Be").

Wydaje się też, że Denoi celowo ułożyli utwory tak, aby budowały pewną linię czasu dyskotekowego szaleństwa. Zaczyna się od lekkiej dezorientacji po wejściu na salę oświetloną stroboskopami, później jest alkohol, tudzież inne używki, euforia i wir zabawy, a pod koniec już spustoszenie, spodlenie i rynsztok od przedawkowania balangi. Bo taki "One More Please" umiejscowiony gdzieś pod koniec krążka, to już przykładowo nu metal zdecydowanie cięższego kalibru niż "disco metal", podobnie jak mroczny, lekko psychodeliczny i zwierzęcy "LIBATYD", będący metaforą końca imprezy w objęciach porcelany.

Prawdę powiedziawszy takiego miksu szukałem już od dawna. Wcześniej miałem "Save Rock and Roll", ale chciałem czegoś jeszcze cięższego. Znalazłem "Disco Violence" i uwielbiam tę płytę. Za jej luz, magnetyzm, energię a wreszcie i zabawę gatunkami, gdzie przy okazji nikt mi nie będzie wciskał, że to jakaś wyższa sztuka. Jest piekielnie ciężko, ale i rozrywkowo. Growlowane wokale wpadają w ucho, bo przyśpiewują na tle prostego, ale szaleńczego rytmu i są podkolorowane inteligentnymi wstawkami elektroniki. Wreszcie podoba mi się sam koncept, by ściągnąć metal do dyskoteki i zrobić właśnie metalową dyskotekę na światowym poziomie. Panowie z Denoi mają wielkie jaja i pozazdroszczenia godny dystans do własnej twórczości. Świetny album naszych sąsiadów z Czech!