Neurothing

Murder Book

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Neurothing
Recenzje
2009-09-02
Neurothing - Murder Book Neurothing - Murder Book
Nasza ocena:
8 /10

Niech tylko ktoś znowu zacznie narzekać na polską muzykę... Od jakiegoś czasu historia w mojej przeglądarce internetowej wypełniona jest adresami MySpace'ów rodzimych, wyczesanych bandów. A teraz kolejny strzał, jak dla mnie przyznaję, znikąd poprawił mi humor.

I choć propozycja Neurothing, płyta "Murder Book", to nie jest jeszcze dzieło na miarę olbrzymiego potencjału poznaniaków, to fanów nowoczesnego metalu na pewno wprawi w zachwyt.

Pisząc "nowoczesnego metalu" wcale nie miałem na myśli mariażu czarciej sztuki z hard corem, który to nurt zresztą zdycha powoli naturalną śmiercią. Nie myślałem też o śmiesznych chłopaczkach w czapkach z daszkiem na bok udających małpy na scenie, nu metal to umarł już w ogóle z tego co widzę. Miałem na myśli takie kapele jak Gojira, Hacride czy bardziej szlachetne Meshuggah. Kapele, które swą muzyką nie udają, że przesuwają granicę grania ciężkiej muzy, lecz po prostu to robią.

Ale powiedzmy sobie szczerze, ostatnie płyty wspomnianych tuzów zostawiły poczucie nienasycenia. "The Way Of All Flesh" Gojiry kilku dziennikarzy chciało ogłosić nie lada przełomową płytą, ale panowie spóźnili się o parę wydawnictw. Trzeba było docenić francuzów przy "The Link", oj trzeba było... Meshuggah trochę przynudziło (do dziś jestem w szoku!), Harcide nie przebiło świetnej "Amoeby". Taki moment przestoju, i brak skomasowanego ataku na tron mistrzów super technicznego, polirytmicznego metalu to świetny czas na pokazanie się słuchaczom. I tak robi właśnie rodzimy Neurothing.

Po niezbyt udanym intrze rozbrzmiewa "Kill It" i od razu ustawia mi kolejne 35 minut w moim życiorysie. Zeschizowane połączenie death metalu z thrashem, podszyte połamaną na maksa perkusją i wokalem rodem z gardła obdzieranej żywcem ze skóry osoby. W tych nutkach ukryte jest szaleństwo i obłąkanie - co świetnie współgra z tekstami i layoutem płyty, ale o tym zaraz. Przede wszystkim jest tu kunszt twórców "Murder Book", ponieważ im dłużej płyta kręci się w odtwarzaczu, tym coraz bardziej jesteśmy pełni podziwu dla umiejętności muzyków. I nie chodzi tu tylko o precyzyjnego jak maszyna bębniarza. Rwane, nagłe i wijące się jak wąż motywy gitarowe pewnie do odegrania nie są za łatwe. Tak mi się wydaje, choć wszak jako osoba, która li tylko na basie pyka z nudów covery Iron Maiden od czasu do czasu, wyrocznią w tym temacie nie jestem. Aczkolwiek jeśli mam na chwilę pochylić się nad wiosłami, to muszę przyznać, że gdy wychodzą na pierwszy plan ciut zawodzą. Trochę za mało akcentują te momenty, gdy gitara zaczyna dominować nad karkołomną grą na garach.

I trzeba też przyznać, że w obrębie obranej konwencji panowie potrafią trochę namotać. "Raskulnikov" jest momentami bardziej prosty, wręcz rockowy, ale nie bójcie się, nie ma tu śpiewów o tym, że "You could be mine". Sekcja sprawuje niepodzielną władzę nad całością, utwór ten po prostu niekiedy Wami pobuja. Mój ulubiony "Infinity" oferuje w końcu jakąś fajniejszą solówkę. "Railroad Track" to znowu kompozycja zagrana na trochę większym luzie. I znowu luz rzeczony jest sprawą umowną, bo całości nie da się ogarnąć za pierwszym czy nawet piątym odsłuchem. I to charakteryzuje właśnie omawiany materiał - pomysły zawarte w pierwszej lepszej kompozycji na "Murder Book" wypełniłyby kilka płyt innych wykonawców. Aranże są zagęszczone, połamane i karkołomne - i zarazem piękne, bo jest w tej muzyce zawarte jakieś chore piękno...

Jest koncepcja i koncept. Teksty w pewien sposób orbitują wciąż wokół siebie, mroczny layout płyty dopełnia całości wrażeń. Panowie mają umiejętności, mają wizję i mają odpowiedniego kalibru armaty by odpalić na poziom wręcz kosmiczny. Brakuje na razie trochę lepszej, bardziej mięsistej i ostrzejszej produkcji. I w sumie trochę więcej przestrzeni, ciut więcej tych kombinacji w obrębie wybranej konwencji. Dla mnie może być to świetny materiał, ale dla ludzi o słabym zdrowiu będzie to bełkot. Chociaż do nich w sumie "Murder Book" nie jest adresowany...

I chociaż przyznaję bez bicia, iż za wujka wolałbym mieć Zakka Wylde niż Tomasa Haake to przyznaję również, że odnajduję radość z obcowania z "Murder Book". Neurothing daje nadzieję na renesans technicznego metalu w mym serduszku. I wiecie co? Słuchając takich płyt jak ta zaczynam powoli rozumieć te wszystkie kampanie promocyjne "Dobre, bo polskie". Bo właśnie tylko odpowiedniej promocji braknie pewnie "Murder Book" by w tym roku wstrząsnęła niejednym wyszukującym świeżych rozwiązań maniakiem. Obym się mylił. Naprzód Neurothing.

Grzegorz Żurek