Rammstein

Paris

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy Rammstein
Rammstein - Paris Rammstein - Paris
Nasza ocena:
9 /10

Rammstein nie daje o sobie zapomnieć i nawet jeśli ponownie sięga w przeszłość, robi to w iście monumentalnym stylu.

Recenzję wydanej niespełna dwa lata temu koncertówki "In Amerika" zakończyłem pytaniem "Ciekawe, co dalej? Nowy materiał czy ponowne spojrzenie do archiwów?" W świetle ówczesnych deklaracji zespołu odpowiedź już wtedy wydawała się oczywista. I faktycznie, na kolejny album studyjny Rammstein trzeba będzie jeszcze poczekać, a tymczasem oczy i uszy cieszy kolejna koncertówka, tym razem z Paryża. Koncertówka, a raczej, jak chce zespół, koncertowy film, pod którym podpisał się świetny fachowiec od teledysków i dobry znajomy kapeli, Jonas Åkerlund.

Po wydaniu składanki “Made in Germany 1995-2011" Rammstein wyruszył w potężną trasę koncertową. Gigantyczną scenę, złożony ze 100 kolumn potężny sprzęt nagłośnieniowy i wszelkie pozostałe bajery wykorzystywane podczas spektaklu, którymi opiekowała się 125-osobowa ekipa techniczna, zapakowano w 25 tirów i wysłano w świat. Ta industrialna karawana zawitała również do Paryża, gdzie w hali Bercy formacja wystąpiła dwukrotnie - 5 i 7 marca 2012 roku. Po pięciu latach zapis tych właśnie koncertów najpierw trafił do kin, a wkrótce potem ukazał się - w pięknej oprawie - na fizycznym nośniku, zarówno w wersji do słuchania, jak i oglądania w domowym zaciszu.

Każdy, kto kiedykolwiek widział Rammstein na scenie wie, że to jeden z tych zespołów, który nie daje się przytłoczyć technicznemu i produkcyjnemu monumentalizmowi, od dawna towarzyszącemu im w występach na żywo. Cała ta otoczka, choć niezmiernie istotna, bez której nikt już sobie koncertu Rammstein nie wyobraża, nie przytłumia muzycznego przekazu grupy, a tylko umiejętnie go wzmacnia. Właśnie ów aspekt został na nowym DVD świetnie wyeksponowany przez Åkerlunda, który koncentrując się na niemal teatralnym charakterze koncertu i dorzucając od siebie kilka dodatkowych realizacyjnych sztuczek, ani na chwilę nie zapomniał, że to muzyka jest tu najważniejsza.


Nie warto oczekiwać od "Paris" naturalności, autentyczności i spontanicznego luzu, co do zasady kojarzonych z koncertami. Åkerlund nawet przez chwilę nie próbuje dostarczyć widzowi choćby namiastki wrażenia, że właśnie uczestniczy on w - z założenia niedoskonałym - spektaklu na żywo. "Paris" brzmi perfekcyjnie niczym materiał ze studia, obraz jest ostry jak żyleta, zmontowany z teledyskową starannością i manierą, która ma dostarczyć odbiorcy nieustającej jazdy na najwyższych obrotach, nawet jeśli w tym celu trzeba będzie sięgnąć po dodatkowe, dorzucone w postprodukcji efekty specjalne. To rzeczywiście film koncertowy pełną gębą, do tego film dosłownie wbijający w fotel. Nie tylko od strony realizacyjnej, ale też dobranej pod kątem hitów setlisty. Wbijający do tego stopnia, że zrobiłem coś, co w przypadku koncertowych DVD zdarza mi się sporadycznie: obejrzałem go kilkukrotnie w przeciągu zaledwie kilku dni.

Ognie, fajerwerki i wszelkie inne obowiązkowe elementy teatru, które muzycy prezentują na scenie, a raczej scenach podczas paryskich występów, z pewnością nie zaskoczą fanów zespołu, trzeba jednak przyznać, że Åkerlund skręcił to wszystko wybornie, dając możliwość szczegółowego wglądu we wszystkie wydarzenia i szczegóły show. Choćby takie, jak przerażający wygląd Tilla Lindemanna podczas "Mein Teil", przy którym wymalowani blackmetalowi grajkowie wyglądają jak przedszkolaki, płonące gitary Richarda Kruspe i Paula Landersa, czy przemarsz muzyków na drugą scenę i wszystko, co dzieje się na niej później.

Zapewne mając świadomość odpowiedniej dramaturgii koncertu producenci DVD podjęli jeszcze jedną słuszną decyzję - wyrzucając "Frühling In Paris", uzasadniony zapewne miejscem wydarzenia, ale wciąż dramatycznie słaby i po prostu zbędny - poza napisy końcowe. Dzięki temu łatwo tego gniota pominąć. Na tle koncertu, zawarty na DVD dokument przedstawiający powstanie wydawnictwa, wypada zaskakująco enigmatycznie i nie wnosi niczego istotnego.


Pytanie "co dalej?" pozostaje więc aktualne. Tak czy owak, jeśli kolejne "wypełniacze" dyskografii Rammstein mają wyglądać podobnie jak ten, nie mam nic przeciw.

Szymon Kubicki

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Gitarzysta do ulubionych źródeł