HellHaven

Anywhere out of the World

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy HellHaven
Recenzje
2017-04-10
Nasza ocena:
9 /10

Znowu to zrobili! Schematy wywrócili do góry nogami, w pył roztrzaskali wszelkie zasady krzycząc przy tym, że są w studiu, a w studiu mogą robić wszystko.

Nie wiem czy oni są tak szaleni czy nieprzeciętnie odważni. A może to genialni wariaci? Gdy mnogość kapel bywa zbyt zachowawcza, tak Hellhaven zdają się wyznawać zasadę, że przecież nie mają nic do stracenia. Nie istnieje coś takiego jak przesada. Po prostu walą tym co mają, rzucają się w ogień, bez zahamowań czy choćby odrobiny zdrowego rozsądku. "Anywhere out of the World" to kolejna szalona płyta Hellhaven, wydaje się też, że o ile debiutancka "Beyond The Frontier" pod względem muzycznym była świetna, to ta jest jeszcze lepsza. Już od dawna nie słyszałem albumu, który permanentnie co kilka minut wywoływałaby efekt totalnego zaskoczenia i zachwytu.

A zaczyna się dość niewinnie, bo od tytułowego "Anywhere out of the World", rozpędzonego prog-metalu z nieustannymi zmianami napięć i ciągłymi rewoltami wokalnymi, a wreszcie melorecytowanym zakrzykiem "amor vincit omnia" ("miłość zwycięża wszystko" - swoiste motto krążka) i gitarowym sweep picking - Yngwie Malmsteen wróci zresztą jeszcze parokrotnie na tym albumie. Następny "Ever Dream This Mean?" prawdopodobnie nie robiłby takiego wrażenia, gdyby w drugiej połowie twórcy totalnie nie przewartościowali balladowej atmosfery - utwór wybudza z letargu, gdy Sebastian Najder zaczyna wypluwać kolejne wersy tekstu, a trąbka (!!!) Erwina Żebro z zespołu Piersi snuje zwariowaną solówkę. "First Step Is The Hardest" to chyba jedyny fragment, który nie ma w sobie nic wyjątkowego i spokojnie można by go wyrzucić z listy, typowy prog-metalowy średniak, a jak na tę płytę, to zdecydowanie za mało.

I gdy wydawać by się mogło, że Hellhaven po niezłym, ale nie oszałamiającym początku już zaczynają tracić impet, to pojawia się ambientowe "21 Grams" będące jedynie preludium do całej gamy niesamowitości, które zaczną wydobywać się z głośników i co kilka chwil będą sprawiać, że trzeba schylić się by podnieść szczękę z podłogi. Oto "Res Sacra Miser" - utwór, w którym dzieje się praktycznie wszystko i jest w istocie udaną próbą stworzenia utworu monumentalnego formalnie. Cóż, że zaczyna się niczym "Aerials" System of a Down, gdy za chwilę uderzy w tony death metalu wtopionego w konwencję operową. Ogólnie numer zdaje się przybierać postać przedstawienia, coś jak prog-metalowe "Bohemian Rhapsody", gdzie wokalista odgrywa kolejne role: raz śpiewa łagodnie, innym razem growluje, jeszcze gdzie indziej serwuje rockowy przebój, by wreszcie popisywać się na dwa głosy, a nawet w chórze. Pomaga mu fantastyczny gościnny występ Edyty Szkołut z grupy Nonamen. "Res Sacra Miser" to bez dwóch zdań jedna z ciekawszych kompozycji roku 2017.

Można pomyśleć, że po tak epickim i bez mała mistrzowskim, ocierającym się o geniusz fragmencie Hellhaven już niczym nie mogą słuchacza zaskoczyć. Błąd! "They Rule The World" wgniata w ziemię! Dosłownie. Bliskowschodni wstęp pełen odwołujących się do judaizmu przyśpiewek wymieszanych z trąbką Erwina Żebro to bodaj najlepsza część płyty. Reszta utworu trzyma równie wysoki, niebezpiecznie bliski prog-rockowemu arcydziełu, a refren (zarówno ten orientalny jak i angielskojęzyczny) to mistrzostwo dobrego smaku. Po drodze jest jeszcze część elektroniczna po czasie wspierana przez chóralną wokalizę. "Res Sacra Miser" i "They Rule The World" pod względem formalnym to bez wątpienia wyżyny współczesnego rocka progresywnego.

Kiedy słucham kolejnego "Overviev Effect" to widzę jak John Petrucci spogląda z zazdrością, że choć jest to rzecz gitarowo w jego stylu, to sam w solowym repertuarze nie ma tak kapitalnych numerów - szczególnie podczas pojawiającego się w drugiej części riffu. Wcześniej utwór przypomina wszystkie te post-Dream Theaterowe kapele Mike'a Portnoya i Neala Morse'a pokroju Transatlantic czy Flying Colors. Przedostatni "On Earth As It Is In Heaven" to rzecz nieco podchodząca pod Pendragon i nie byłoby w tym numerze nic wyjątkowego, gdyby Hellhaven nie pokazali, że scratching wciśnięty w muzykę rockową może brzmieć wybornie, a jak się dobrze gwiżdże, to fantastycznie koloruje to utwór. Na zakończenie kolejny, niespełna 10 minutowy kolos "The Dawn & Possibility Of An Island" - słowem: petarda. Idealny wstęp, bliskie doskonałości, emocjonalne linie wokalne, a wreszcie po raz kolejny wykrzykiwany cytat z Wergiliusza: "miłość wszystko zwycięża więc i my się jej poddajmy", pointujący a zarazem nadający albumowi konceptowy charakter.

Mam wrażenie, że wokalista Sebastian Najder i gitarzysta Jakub Węgrzyn to duet idealny. Obaj nie boją się niczego i zdają się uwielbiać przesyt, który w ich przypadku nie doprowadza do niestrawności, a fenomenalnie bawi, może nawet zachwyca. Najder używa głosu jak instrumentu, wciela się w różnorakie role z takim poświęceniem, że można by go posądzić o zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, zmienia barwę, potrafi być liryczny, ale i wrzeszczeć jak pierwszorzędny death metalowiec. Węgrzyn natomiast dba o to, by to Najderowe wokalne aktorstwo miało solidną i równie przeładowaną podbudowę muzyczną.

Ogólnie pod względem kompozycyjnym utwory Hellhaven są szalone - w jednej piosence dzieje się więcej niż na niejednym regularnym krążku. W swojej prog metalowej estetyce kapela jest fantastyczna, a czerpie inspiracje z tylu źródeł, że wymienianie wszystkich mijałoby się z celem - tym bardziej, że sprowadziłoby się to do prostego faktu, że Hellhaven są jedyni w swoim rodzaju, bo nie ma na świecie kapeli, która potrafiłaby równie udanie przesadzać w tak doskonałym stylu. Przesadzali już na debiutanckim "Beyond The Frontier", ale teraz są w tym jeszcze lepsi dzięki stosowaniu nowych elementów - choćby często stosowanej techniki sweep pickingu rodem z Yngwie Malmsteena. Czyżby miało to coś wspólnego z pojawieniem się w składzie nowego gitarzysty Huberta Kalinowskiego?

Ponadto "Anywhere out of the World" to bardzo literacki i intelektualny album. Sama nazwa "Gdziebądź, byle precz z tego świata!" pochodzi z prozaicznej miniaturki Charlesa Baudelaire'a, co rusz wplatane łacińskie sentencje to również specjalność Hellhaven, którzy już na debiucie odwoływali się do klasyków, pudełko zdobi zaś cytat z Alberta Einsteina, o tym, że "najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć, jest tajemnica". Tekstowo można "Anywhere out of the World" wcisnąć w ramy koncept albumu, bowiem wszystkie eksponują pewnego rodzaju próbę oderwania się od rzeczywistości zakłamanej przez współczesność, religijny fanatyzm czy niezdrowe pragnienie władzy.

Zupełnie na marginesie wspomnę, że podoba mi się, że Hellhaven po raz kolejny skorzystali z pomocy artystki Moniki Piotrowskiej, odpowiedzialnej w całości za wygląd wydawnictwa. Jej grafiki, trochę jak z krążków Baroness, ale mocniej zdziwaczałe, idealnie obrazują charakter muzyki formacji i mam nadzieję, że ta współpraca zakorzeni się tak mocno, że nie wyobrazimy sobie kolejnych projektów zespołu bez udziału Piotrowskiej - tak jak nie wyobrażamy sobie, by ktokolwiek inny niż Travis Smith mógł ilustrować płyty Riverside.

Przyczepić można się tylko do dwóch rzeczy. Po pierwsze produkcji i brzmienia, które są mocno przeciętne i nie do końca wyciągają na światło dzienne wszystkie doskonałości Hellhaven - nad tym elementem koniecznie trzeba popracować. Po drugie zaś, Sebastian Najder momentami ma problem z angielską wymową. Tylko z tego względu wymknęła się zespołowi ocena maksymalna. I to chyba tyle, poza tym jestem pełen zachwytu, bo i dawno się tak doskonale nie bawiłem słuchając muzyki, by nie powiedzieć, że tkwiłem w totalnym zdumieniu sparaliżowany tym co wysączyło się z głośników.

Wybrzmiał więc ostatni dźwięk "Anywhere out of the World". Płyta dobiegła końca, a ja wciąż z uśmiechem na twarzy zastanawiam się czy ci goście są tak genialni, czy tak szaleni.

Grzegorz Bryk