The Algorithm

Brute Force

Gatunek: Metal

Pozostałe recenzje wykonawcy The Algorithm
The Algorithm - Brute Force The Algorithm - Brute Force
Nasza ocena:
8 /10

Cztery lata temu, kiedy The Algorithm zadebiutował w barwach Basick Records nie kryłem podziwu w stosunku do twórczości tego jednoosobowego projektu.

Francuz kryjący się za ścianą dźwięku, z jaką przyszło mi się zmierzyć szybko zyskał międzynarodowy status wizjonera doskonale łączącego metal, djent z glitch-hopem i idm. "Polymorphic Code", bo o tym krążku mowa, wyznaczył zupełnie nowe podejście do aranżu w prog metalu. Wydawać by się mogło, że wszystko już było, przemielone głównie przez metalcore’owców od Iwrestledabearonce, Arsonist Get All The Girls czy mocarzy z Enter Shikari, a jednak dało się i nadal da się zaskoczyć.

Remi poszedł za ciosem wydając kontynuację swojego pierwszego dzieła. Ukoronowanie wieloletniej działalności w internetowym podziemiu dało impuls do dalszych eksperymentów. Rezultat, będący drugim albumem i zarazem ścieżką dźwiękową do gry komputerowej nie powalił, ale pozwalał wierzyć, że już regularnie koncertujący i grający w kilkuosobowym składzie projekt nie umrze śmiercią naturalną, a zaskoczy czymś równie dobrym jak debiut. Dochodzimy więc do trzeciego albumu, najnowszego "Brute Force", wydanego w nie do końca metalowej oficynie FiXT, stojącej za sukcesem chyba najbardziej elektronicznego z metalowych zespołów Celldweller. Wybór nowego labelu nie mającego konotacji ze sceną progresywną nieco dziwi, zwłaszcza że algorytmy są lubiane przede wszystkim właśnie w tym środowisku. Decyzje biznesowe zostawmy samemu zainteresowanemu, oby ich nie pożałował.

Trójka w dorobku Francuza cechuje się dokładnie takim samym polotem, jaki towarzyszył debiutanckiemu materiałowi. Dodam, że jest to rzecz jeszcze bardziej wielowarstwowa i znacznie mocniejsza bo pojawiają się tu niemal death metalowe fragmenty pełne blastów, ale przede wszystkim, ciekawsza w kwestii samych aranży gitar uzupełnianych przez wspomniane już glitche. To, co wychodzi Francuzowi najlepiej to nie metalowa młócka a - nazwijmy to - "taneczne" fragmenty, kiedy metal ustępuje ciężkiemu electro ("rootkit"). Szczerze, to właśnie w tych chwilach słychać geniusz Remiego. Nie w breakdownach uzupełnianych trance’owym sznytem ("Pointers"), nie w coraz śmielszych gitarowych solówkach, ani nie w cybergrindowej mieszance ("Deadlock" współprodukowane z Igorrr).

Innymi słowy, gdyby Remi chciał zrobić naprawdę dużą karierę, porzuciłby metal i granie dla geeków na rzecz klubowych rytmów. Mam nadzieję, że nim to jednak nastąpi jeszcze nie raz da powód do zgłębiania zakamarków jego pokręconego umysłu.

Grzegorz Pindor

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Magazyn Gitarzysta do ulubionych źródeł