Gov’t Mule

The Tel-Star Sessions

Gatunek: Blues i soul

Pozostałe recenzje wykonawcy Gov’t Mule
Recenzje
2016-07-04
Nasza ocena:
8 /10

Z najgłębszych otchłani Muła wydobywają się nagrania, które przez ponad 20 lat przeleżały w szufladzie Warrena Haynesa.

O ile darzę wielkim szacunkiem gitarzystę i jego wszystkie wcielenia, o tyle drażni mnie jego sentymentalizm. W przypadku Gov't Mule facet na okrągło opowiada o zmarłym w 2000 roku basiście Allenie Woodym - muzyku cholernie utalentowanym, grającym w niezwykle charakterystyczny sposób i, co wynika z relacji znajomych, bardzo sympatycznym człowieku. No i spoko, ale ileż można lizać rany po śmierci przyjaciela?

Tym razem Warren, do spółki Mattem Abstem, postanowili nie tworzyć kolejnej epopei na cześć Allena, a odświeżyli najstarsze nagrania zespołu, jeszcze sprzed wydania krążka "Gov't Mule" (czerwiec 1995 r.). To rejestracja pierwszego poważnego spotkania tercetu, w czasie którego pojawiły się piosenki znane z debiutu.

Na "The Tell-Star Sessions" usłyszymy więc pierwotne, nie tak odległe od ostatecznych wersje tak znanych kawałków, jak chociażby "Mother Earth", "Mr. Big", "Monkey Hill" czy "Rocking Horse", które później przez lata stanowiły element koncertowego repertuaru Muła. Na uwagę zasługuje szczególnie cover piosenki Free, w tym wydaniu okraszony świetną, pulsującą partią basu w wykonaniu Woody'ego.

Po raz pierwszy usłyszymy numer "The Same Thing" - skądinąd najbardziej nijaką ze wszystkich zgromadzonych tu piosenek. Blues rock w angielskim stylu, czerpiący sporo z dokonań Mayalla, Claptona, ale też i Hendrixa. "Blind Man In The Dark" i "Just Got Paid" najbardziej zagorzali fani grupy kojarzą pewnie z bootlegów i koncertówek.

Warto podkreślić, że brzmienie "The Tell-Star Sessions" jest bardzo organiczne, ograniczone wyłącznie do pracy sekcji i szycia riffów przez Warrena. Słychać tu czystą radość z gry, bez żadnych sentymentów i patrzenia w przeszłość. Rządzi tylko ta chwila, pełna bluesowej magii. Szczególnie słychać to w luzackim, dusznym wykonaniu "Mother Earth".

I właśnie taki Gov't Mule lubię - nawet za cenę grzania kotleta.

Jurek Gibadło