Imperial Never Say Die Tour - 14.11.2010 - Kraków

Relacje

Powiem bez ogródek, data 14.11.2010 r. powinna zostać bez dwóch zdań zapamiętana przez fanów nurtów hardcore/deathcore/metalcore. Kto wie, może tego dnia w Kraków był właśnie światową stolicą muzyki z pogranicza właśnie tych gatunków? Jest to bardzo prawdopodobne, zważywszy na skład tej trasy, a także na to, co działo się podczas tych niezwykłych pięciu godzin w krakowskim klubie. A dlaczego niezwykłych? Odpowiedź znajdziecie poniżej.

I znów przyszło mi przebyć pół Polski żeby zobaczyć jakiś konkretny koncert. W sumie po tylu latach idzie się do tego przyzwyczaić, ale Polak w końcu lubi sobie czasami ponarzekać. Gdy mój pociąg wtoczył się w końcu na dworzec w Krakowie, byłem już porządnie spóźniony i, przede wszystkim, zmęczony dość długą podróżą. Jakieś 40 minut w plecy oznaczało mniej więcej, że znów mogę przegapić początek imprezy. "Troszkę", jak to zwykle bywa, wkurzony na nasze koleje postanowiłem, że nie będę robił już żadnych przystanków po drodze tylko od razu udam się na Oleandry. Na szczęście sam klub mieści się dość blisko centrum, więc kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że ludzie jeszcze stoją przed wejściem. Odetchnąłem więc z ulgą i postanowiłem uciąć sobie mały spacer po okolicy korzystając z ładnej owego dnia pogody.

To była moja pierwsza wizyta w krakowskiej Rotundzie i byłem ciekaw jak to miejsce ma się chociażby do klubu Studio znajdującego się w tym samym mieście. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to strasznie wąskie przejścia między pomieszczeniami. Ludzie kłębiący się w tą i z powrotem często stali w wielkim korku lub przeciskali się na siłę, co nie było ani miłe, ani fajne. Sala koncertowa, która znajduje się na piętrze tego kompleksu jest oczywiście w kształcie koła, co prezentuje się całkiem ciekawie na tle całości. Jednak największym dla mnie pozytywnym zaskoczeniem okazały się…ceny piwa zaczynające się już od 5 złotych.

Pierwszą kapelą, która pojawiła się na deskach Rotundy tego wieczoru była formacja We Came As Romans. Szczerze przyznaję, że nigdy o nich nie słyszałem, ani ich nie widziałem. Nie spodziewałem się jakichś wielkich fajerwerków po pierwszym występie, w końcu pierwszy support jest zazwyczaj tylko mało znaczącym dodatkiem do całej imprezy. A tu małe zaskoczenie. Od początku występu amerykańscy muzycy zdołali bardzo skutecznie rozbujać polską publiczność. Dwóch wokalistów prezentujących mieszane partie wokalne, całkiem przyjemne melodyjne wstawki. Zdecydowanie dla mnie miłe dla ucha i oka. Jak na, oczywiście, pierwszy występ tego wieczoru.

Your Demise - kolejna grupa wywołana na scenę to już zdecydowanie czystszej postaci hardcore. Więcej ciętych riffów, ale zabawa nadal przednia. A tak na marginesie, czasami zastanawiam się jak to jest, że jak mamy do czynienia z jakimś polskim nieznanym supportem to zazwyczaj taki występ to najnudniejsze, najbardziej ciągnące się statyczne flaki z olejem. A jak na scenie pojawi się jakaś zagraniczna formacja to z reguły potrafi szybko zaskarbić sobie publiczność. Siła przekonania? A może jakiś dziwny przypadek? Ja bym to raczej nazwał kulturą muzyczną. Niemniej jednak, wracając do tematu, około dwudziestominutowy występ Your Demise w większej części odpuściłem, bo to była jedyna okazja żeby bez problemów nabyć i podelektować się złocistym napojem bez kolejek i nerwów.

Ledwo zdążyłem dopić trunek, a niemiecki War Form a Harlot’s Mouth był już następny w kolejce. Panowie są obecnie na etapie promowania swojego najnowszego wydawnictwa "MMX", które ukazało się w tym roku dzięki Lifeforce Records. Pod sceną zrobiło się nieco ciaśniej, młynki stawały się coraz większe, a stage diving już rozbujał się na dobre. Czyli oznaczało to ni mniej ni więcej, że zbliżamy się wielkimi krokami do najważniejszych gigów tego wieczoru.

Pierwszym zespołem, który naprawdę porządnie rozgrzał krakowską publiczność był amerykański deathcore’owy Emmure. Charyzmatyczny wokalista formacji, Frank Palmeri, nie dał ani na chwilę odpocząć fanom. Ze sceny lały się mięsiste potoki crustów, zwolnień i konkretnych metalowych uderzeń. Swoją drogą, zmieniając trochę temat, najśmieszniejsze jest to, że kiedyś to było niedopuszczalne żeby wokalista, nie mówiąc już o reszcie kapeli, nie był ubrany na czarno i nie miał długich włosów. Teraz te granice się już praktycznie zatarły, choć nadal u niektórych pojawia się uśmieszek na twarzy widząc na wokalu człowieka, który wygląda wypisz-wymaluj jak hip-hopowiec. Takie wrażenie właśnie mógł robić Palmeri, który na pierwszy rzut oka wygląda jak facet żywcem wyciągnięty z Bronxu (luźna bluza i spodnie, czapeczka z daszkiem). Ostatecznie okazało się, że dużo się nie pomyliłem, bowiem okazało się, że Palmeri pochodzi z dzielnicy Queens w Nowym Jorku.

Po Emmure przyszedł czas na jedną z kapel, na którą czekałem. Chodzi mianowicie o grupę Bleeding Through. Formację tą poznałem stosunkowo niedawno poprzez ich najnowszy album, który ukazał się w tym roku, a konkretniej przez klip do numeru "Anti-hero". Od razu można powiedzieć, że zaiskrzyło między nami i tak metodą małych kroczków postanowiłem zagłębić się w ich twórczość. Aż tu nagle nadarzyła się bezpośrednia okazja do skonfrontowania tematu z rzeczywistością. A rzeczywistość okazała się brutalna. Ale oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zespół mieszaniną swojej starej i nowej twórczości po prostu siał zniszczenie na każdym kroku. Charyzmatyczny wokalista Brandan Schieppati miał doskonały kontakt z publicznością, a ta nie pozostawała mu dłużna i utworzyła specjalnie dla niego największy młynek na całej imprezy. Nie sposób było także oderwać oczu od pani klawiszowiec - Marty Peterson. Płeć piękna nie jest często spotykana w składach kapel grających tego typu muzykę, więc całość była także bardzo miła dla oka. Oczywiście nie można zapomnieć, że także i miła dla ucha.

Po krótkiej przerwie z głośników zaczęła płynąć bardzo znana mi melodia. Nie do końca od razu mogłem sobie przyswoić skąd ja to znam, ale po chwili wszystko już było jasne. To melodia to piosenka z początku serialu "Cudowne Lata". Kojarzycie? Tak czy siak, byłem rozbawiony do łez, że panowie z Comeback Kid właśnie w ten sposób postanowili zacząć swój występ. Jednak po chwili żarty się już skończyły i kanadyjski hardcore punk na około czterdzieści minut zaczął rządzić Rotundą. Nie jest to może moja ulubiona odmiana hardcore’u, ale to co się działo pod sceną i na niej to istne szaleństwo. Frontman dziękował wszystkim za ciepłe przyjęcie i przypomniał pierwszy występ kapeli, który miał miejsce w Warszawie. Z kawałka na kawałek było coraz ostrzej, choć wiedziałem, że wielu postanowiło zostawić siły na główną gwiazdę wieczoru.

Około godziny 23:30 zgasły światła i z głośników poleciało intro w postaci kawałka "Samsara". Wszyscy wiedzieli, że nadszedł czas, aby po raz kolejny powitać na polskiej ziemi bardzo lubiany (nie tylko u nas) Parkway Drive. Zanim jeszcze wokalista Winston McCall zdołał przywitać się z publicznością, szał zdążył ogarnąć wszystkich, co wywołało niemałe zdumienie i uśmiech wśród muzyków. Po pierwszym utworze Winston powiedział, że wszyscy czekali na tej trasie na koncert w Polsce mając w pamięci to, co działo się 11 maja tego roku w warszawskiej Proximie. A to był tylko sygnał dla publiczności, aby jeszcze podkręcić tempo całej imprezy. Szalone tańce wśród muzyków i palm rozstawionych na scenie, niekończące się morze ciał biorących udział w stage divingu, latające dmuchane piłki, pontony i materace wodne. Istne szaleństwo. W pewnym momencie nawet wokalista został wyniesiony przez publiczność i rzucony na ręce rozentuzjazmowanych fanów. Widząc, co się dzieje, basista grupy Jia O’Connor postanowił, że on woli sam rzucić się w tłum. Około godzinne szaleństwo zakończyło się wielką imprezą fanów z zespołem na scenie. "To jest najlepszy koncert, jaki zagraliśmy w 2010 roku" - myślę, ze jest to dobre podsumowanie całego występu, a padło ono z ust samego Winstona McCalla. Jeśli zaś chodzi o set Parkway Drive, panowie przyjechali na kolejny w tym roku koncert do Polski przede wszystkim żeby promować swój najnowszy album "Deep Blue". Oprócz "Samsary" usłyszeć można było z niego kawałki takie jak "Unest", "Deliver Me", "Sleepwalker", "Home Is For The Heartless" i "Set To Destroy". Oczywiście nie mogło zabraknąć także takich nieśmiertelnych i sztandarowych numerów dla tej formacji jak "Idols and Anchors", "The Siren’s Song", "Guns For A Show, Knives For A Pro", "Romance Is Dead", "Boneyards" czy "Carrion".

Była to naprawdę niesamowita noc. Pomimo ogromnego zmęczenia powoli udałem się w stronę stacji PKP. Wiedziałem, że czeka mnie jeszcze potwornie męcząca droga do domu, ale to nie miało w tej chwili najmniejszego znaczenia. Bo w takich momentach liczy się tylko carpe diem. I jeśli także żyjesz zgodnie z tą maksymą, doskonale wiesz, że dla takich chwil warto żyć.

Krzysztof Kukawka

 

 

Relacja Grzegorza "Chaina" Pindora:

 

14 listopada - Święto każdego metalcore'owca już za nami. W krakowskiej Rotundzie odbył się cudowny, niezwykle emocjonujący i barwny w ludzi jak i zachowania koncert, którego główną gwiazdą byli przesympatyczni Australijczycy z Parkway Drive w towarzystwie tuzów core'owego jak i około core'owego grania, w postaci Emmure, War from a harlots mouth, Comeback Kid, Bleeding Through, We Came As Romans czy brytoli z Your Demise.

Ku uciesze mojej jak i mojego kolegi Kmieta, dzięki serwisowi last.fm udało się nam nakręcić ekipę z którą mieliśmy się udać na koncert. Całe szczęście, że nie busem, a autem i to prosto z Katowic aż na Wawel. Mniej lub bardziej interesujące rozmowy nabierały tempa z każdym łykiem napojów rozluźniających, a temperatura panująca w miejscu docelowym otrzeźwiła nie tylko ciało ale i umysł. Pod klubem same znajome twarze, właściwie to aż do godziny osiemnastej, czyli mówiąc dokładnie - godziny zero, napotkaliśmy wyłącznie samych znajomych, co pozwoliło nam utworzyć całkiem zgraną i mocną ekipę. Ogółem jakby to kogoś interesowało na samym koncercie pojawiło się pi razy drzwi 800 osób, co jest swoistym rekordem frekwencyjnym jeżeli chodzi o metalcore w Polsce. Upływający czas ''umilali'' nam wszystkim niezbyt sprawni psychicznie ''pacjenci'' co rusz wykrzykujący bzdety o tym, że należy ''jebać Death, Metallice'' czy nawet gwiazdę wieczoru. Jegomość, który usilnie starał się szukać zaczepki wśród raczej niezbyt skorej do agresji reszty zebranych sam wiele sobą nie reprezentował, także nie wiem skąd u - jak się okazało, solenizanta takie, a nie inne zachowania. Dzwił też potężny zgon jednej laski, która przespała bibę równo do samego jej końca - o czym można przeczytać na last.fm (śmiech).

W kolejce do bram poznaliśmy ludzi zarówno z Podlasia, Mazowsza czy o dziwo! - Słowacji, Niemiec i... jedną Rosjankę, która więcej miała wspólnego z bohaterkami dokumentu ''Czekając na sobotę'' niż z brutalnym metalcore'owym łojeniem - ale niech jej tam będzie. Ostatecznie nawet na Parkwayach skakała ze sceny więc może się co do niej pomyliłem/pomyliliśmy? Bramy otwarto tuż po osiemnastej, i ku mojej uciesze byłem jedną z pierwszych osób którym udało się wejść. Szybki check przez miłych misiaczków z ochrony, podanie nazwiska i już można było rzucić się na merch. Swobodnie i łapczywie. Obok szatni, a tuż przed barem w korytarzu obok schodów stały sobie atrakcyjne merch sellerki, jak i przypakowani sellerzy, którzy niezwykle ochoczo próbowali dosłownie i w przenośni wcisnąć nam koszuleczki, płyty czy spodenki. A jak się kupowało więcej niż jedną rzecz (i tu wielkie podziękowania dla Jeffa z Parkway Drive) można było liczyć na mały upust. Niestety wszystkie zespoły nie zabrały ze sobą najlepszych wzorów, i nie wiem czy to wina Imperial Clothing czy samych kapel, ale przykładowo takie Emmure bardziej reprezentowało biedę niż lans. Po zakupie kilku frykasów mile zaskoczyły mnie ceny w barze - piąteczka za Warkę czy szóstka za ohydnego, najgorszego Żywca to dobre i zachęcające ceny. Z Warką w łapie szybko udałem się do szatni, gdzie zostawiłem swe dobra, a następnie udałem się na górę, do kolejnego baru jak i rzucić okiem na scenę.

Zaskoczyła mnie ilość sprzętu jak i całkiem dobre warunki do zabawy. Powolutku coraz więcej osób zamiast pogaduszek (w tym i ja sam) wybierała część właściwą imprezy. We Came As Romans, a nie jak przewidywano Your Demise, rozpoczęli swój set jeśli mnie pamięć nie myli przed godziną dziewiętnastą. Jeśli ktoś nie zna We Came As Romans niby nie traci zbyt wiele, aczkolwiek na żywo doskonale dają radę. Obaj wokaliści nawiązali świetny kontakt z publicznością, ba! Prócz moshu można było też uświadczyć pierwszy tego dnia circle pit, a prócz muzyki na poziomie, alternatywnej, posiłkującej się klawiszami można było również nacieszyć oko niesamowitą synchronizacją muzyków, czy wygibasami basisty. Nie wiem jak obrócił wiosło o 360 stopni - ale chciałbym by nauczył tego innych grajków! Set We Came As Romans minął szybko, i choć byli raczej słabo nagłośnieni (czyste wokale kompletnie traciły się w natłoku dźwięków, a klawisze tylko przebijały z tyłu) dali emocjonujące show, które mnie osobiście bardzo zadowoliło. Panowie zagrali między innymi szlagier w postaci ''Broken Statues'', ''Dreams'' czy ''To Plant A Seed'.

Krótka przerwa na odsapnięcie, ponowne rozmówki - w tym i damsko męskie (zdecydowanie było na co się popatrzeć!) szybkie piwo, bo już po kilkunastu minutach na scenie pojawili się panowie z Your Demise. Jeśli ktoś zastanawia się jak powinien brzmieć współczesny hardcore w ten niedzielny wieczór miał na to najlepszą możliwą odpowiedź. Pomimo nowego wokalisty, muzycznej metamorfozy jak i generalnie znów słabego, ale nie najgorszego (!) nagłośnienia Your Demise królowało. Circle pit, mosh, a nawet i pierwsze skoki ze sceny uświetniły ten niesamowicie żywiołowy występ. Pierwszy raz tego wieczoru poważnie zdarłem gardło, i ku mojemu zaskoczeniu nie byłem w tym odosobniony. Trzydzieści minut z Your Demise minęło nadzwyczaj szybko, co mnie akurat poważnie wkurwiło. Mocno nakręciłem się na ich występ, a tak krótki set wywował we mnie jedynie irytację. Mam nadzieję, że wkrótce (a może za rok?) pojawią się w naszym kraju w pełnej krasie. Przy okazji - merchandise Your Demise był o dziwo jednym z lepiej sprzedających się tego wieczora. Zwłaszcza dobrej jakości fullcapy w promocyjnej cenie.

Po Brytolach dałem sobie czas na regenerację sił. Niemcy z War From A Harlots Mouth nie kupili mnie ani rok temu w Katowicach na koncercie w ramach trasy Thrash And Burn, ani z płyt - włącznie z nowym krążkiem ''MMX''. Trzy czwarte ich wystepu przesiedziałem na schodach ze znajomymi kontemplując nad urodą wielu zacnych kobiet, które raczyły się tam pojawić. Co więcej ten niedzielny wieczór był również istnym festiwalem metalcore'owej mody oraz dowodem na to, że to nie tylko muzyka dla nastolatków czy ludzi przed trzydziestką. Zwykli metalowcy też gdzieś tam się przewijali, w tym dwóch niezwykle rzucających się w oczy w koszulkach Iron Maiden i Blind Guardian. Gejoza jak nic! (śmiech).

W końcu jednak zdecydowałem się na to by zobaczyć co też WFAHM sobą prezentuję. Jakże się zdziwiłem gdy usłyszałem praktycznie sam nakurw z blastami włącznie, a nie jazzowe patenty i matematyczne zapędy. Co więcej, gdy zagrali jeden z utworów z ich nowego albumu publiczność zdecydowała się na piewszą tego wieczoru ścianę śmierci, która to wraz z towarzyszącą jej muzyką wprawiła mnie w naprawdę dobry nastrój. Mimo wszystok WFAHM tez nie powaliło selektywnością. Jasne, że gdy gra się breakdowny a do tego sypie blastami jak z rękawa nie ma co wymagać klarowności w brzmieniu, aczkolwiek z tego co zdążyłem sam wywnioskować Rotunda niezbyt sprzyja uzyskaniu zadowalającego soundu.

Nim na scenie pojawii się ogromnie wyczekiwani przeze mnie 2-stepowcy z Emmure minęło więcej czasu niż mogłem przypuszczać. Czas jednak (nie)umilał mi kompletnie pijany kolega, który jak sam stwierdził, chętnie zrobi domówkę na 70 tysięcy osób. A co mu tam, niech robi! Emmure mnie osobiście zabiło. Potęzny sound, niesamowity groove, genialne flow Frankiego, który nieźle musiał się pocić w tej bluzie z kapturem (a po koncercie chodził w kominiarce, kurtce i kolorowych spodniach od piżamy). Począwszy od ''Sound Wave Superior'' (wykrzykiwane przez wszystkich KILL KILL KILL KILL!) przez ''Bars in Astoria'' po absolutny hit w postaci ''"I Thought You Met Telly and Turned Me Into Casper" mosh pod sceną nie miał końca. W trakcie ich show pierwszy raz w życiu pokusiłem się o stage dive, który to miał być zapowiedzią tego co będę robił później. Również czynnie brałem udział w moshu, a i po raz kolejny zdarłem gardziel. W rozmowach z członkami zespołu wynikło, iż w przyszłym roku pragną (i w to akurat wierzę) do nas wrócić jako headliner. Miejmy nadzieję, bo rok 2011 zapowiada się wyśmienicie - zwłaszcza dla Katowic, które gościć będą Terror, Comeback Kid czy The Ghost Inside.

Po Emmure - które grało zdecydowania za krótko i powinno bisować, czego lwią część publiczności się domagałą na scenie instalowali się panowie i urodziwa pani z Bleeding Throught. Na potężną dawkę blastów jak i niekończącego się napierdolu nie trzeba było długo czekać. Od nowa ustawiano dźwięk garów, nagłaśnianie klawiszy też nie zajęło zbyt długo i już za chwilę miał się zacząć armegeddon. Szkoda tylko, że wokale Brendana ginęły gdzieś w ścianie dźwięku. Pomimo ''koksowego'' zakazu wchodzenia na scenę polscy core'owcy wiedzą, że wszystkie zakazy można ominąć i tak też co rusz na scenie wiedzieliśmy młodzież szybko pomykającą w stronę Marty, czy mojego czeskiego kolegę Michała, który miał okazję na chwilę przejąć mikrofon i zastąpić Brendana.  Klasycznie rozpoczeli od ''Love lost in a hail of gunfire'' z poprzedzającym utwór fragmencie ze ''Świętych z Bostonu'' - po czym momentalnie rozpędził się circle pit, który naprzemiennie z moshem  trwał już do samego końca występu. A usłyszeć mogliśmy dedykowane ''Wings of Led'', ''Orange County Blonde and Blue'', ''Death Anxiety'', ''Declaration'' czy oszałamiające ''Kill To Believe''. Ich występ nie pozostawił zarówno na mnie jak i na moich znajomych suchej nitki, wręcz by być szczerym, po szaleńśtwie w młynie na BT - w tym i OGROMNYM circle pit na sam koniec ich setu nie miałem już siły by móc się bawić. To też Comeback Kid świadomie olałem, aż do zagranego jako przedostatni ''Wake the dead'', na którym to już straciłem głos, a resztka sił odpłynęła gdzieś tam w nieznane. Poza tym, że grają bardzo fajnie a ich riffy wpadają w ucho, niestety ale nieco brakuje im werwy na scenie (choć uśmiech z twarzy perkusisty nie schodził ani na moment) grają okropnie jedno kopyto. Ale cóż, taka muzyka. Odpoczynek przy barze, a raczej w jego obrębie dobrze mi zrobił, i choć najbardziej chciałem być już w łożku przed sobą miałem jak się miało okazać, najlepszy koncert w tym roku w jakim brałem udział, i jeden z najlepszych w moim życiu.

Scenę przyzdobiono w palmy, banner oraz inne mniej lub bardziej kojarzące się z plażą elementy. Szybko też wyrzucono w publiczność dwie plażowe piłki, a i gdzieś tak w połowie setu prosto ze sceny wypłynął ponton na którym to siedział karzełek truchlejący o swoje życie. Ów ponton co chwilę miał innych pasażerów, a i różowe łóżko do pływania też regularnie krążyło po głowach ludzi. Przyznam się teraz, iż na tym koncercie po prostu trzeba było być. Bo co ja tu mam niby napisać? Że Polacy CIĄGLE skakali ze sceny, że Winston został wrzucony w publikę, że nawet gitarzyści dryfowali na rękach w pierwszych rzędach, że ktoś zaliczył glębę na scenie,  że i ja sam (co mam nadzieję zobaczyć na youtube) skakałem do oporu na ''Idols and Anchors'', że circle pit jak i mosh na wieńczącym koncert ''Boneyards'' czy zagranym trochę wcześniej ''The Siren's Song'' przeszedł moje najśmielsze oczekiwania? Że cudownie było śpiewać ze wszystkimi ''Carrion'' lub CUDOWNE, magiczne wręcz ''Home is for the heartless''? A i może jeszcze to, że ''Dead man's chest'' totalnie zniszczyło obiekty swoim ciężarem, a i to, że zagrane na sam początek ''Unrest'' dosłownie rozerwało moje struny głosowe na strzępy? No to rzekłem. Metalowe kapele powinny się uczyć jak robić show  nie tylko od Parkway Drive, ale od metalcore'owych ogólnie. Sam headbanging już nie wystarcza, czego dowodem był ten koncert. Dawno, ale to bardzo dawno się tak dobrze nie bawiłem. Liczę na to, że przyjadą za rok, a miano najlepszego koncertu w ramach Never Say Die Tour ponownie przypadnie dla Krakowa.

Set to destroy!

 

Setlista:

Samsara
Unrest
Idols and Anchors
The Siren's Song
Sleepwalker
Dead Man's Chest
Deliver me
The Cruise
Home is for the heartless
Guns for a show, knives for a pro
Romance is dead
Set to destroy

Bis:

Carrion
Boneyeards

Pozdrowienia dla wszystkich napotkanych osób w tym dla kapel: Drown My Day i Past Day Memories, dla kolegów redaktorów z rockmetal.pl, metal-core.pl, metalcentre.pl, ekip z Poznania, Bielska, Katowic, Oświęcimia, Gdańska, Suwałk, a przede wszystkim dla organizatorów z United Visions (dzięki Hans!). Do zobaczenia następnym razem!

Grzegorz ''Chain'' Pindor