Marco Beltrami

World War Z

Pozostałe recenzje wykonawcy Marco Beltrami
Recenzje
2013-08-02
Nasza ocena:
5 /10

Nowy film Marca Forstera z niezastąpionym Bradem Pittem w roli głównej hula już od jakiegoś czasu po kinowych salach świata, zbierając opinie raczej pozytywne.

Z jednej strony może to dziwić, bo "World War Z" to kolejny film o zombie, a te rzadko kiedy są udane (wyłączając z tej grupy obrazy klasyczne jak "Zombie pożeracze mięsa" czy "Noc żywych trupów", a z nowszych to chyba tylko "Świt żywych trupów"), z drugiej jednak Forster dał się już poznać jako reżyser niezwykle zdolny i inteligentny.

Nie o filmach jednak będzie mowa, a o ścieżce dźwiękowej do "World War Z", która wyrosła spod batuty Marco Beltrami, kompozytora mającego w swojej filmografii dość pokaźną kolekcję muzycznych pejzaży z tytułów znanych bardzo i jeszcze bardziej. Wszystko zaczęło się jednak od horroru, bo Beltrami zrobił muzykę do cravenowskiego "Krzyku", a na planie "Mutanta" zaprzyjaźnił się również z Guillermo del Toro - to otworzyło mu bramę do późniejszych ekranowych hitów z "Hellboyem", trzecim "Terminatorem" czy czwartą i piątą "Szklaną pułapką" na czele - jakkolwiek jeszcze te filmy można nazywać "Szklaną pułapką".

Niestety Beltrami, zapewne z obowiązku wynikającego z nacisku producentów, zrobił muzykę jaką zazwyczaj serwuje się we współczesnych epickim kinie. Szkoda tylko, że kopiując Hansa Zimmera mało kto rzeczywiście zbliża się do jego kompozytorskiego geniuszu. Bo u Zimmera prócz atmosfery (bardzo często trącącej patosem) jest jeszcze coś niezwykle ważnego - melodia. Motywy z nolanowskiego "Batmana", "Piratów z Karaibów" czy "Incepcji" zna każdy, są rozpoznawalne, wpadają w ucho i zostają w głowie. Tymczasem Beltrami wrzuca tu i ówdzie sekcję skrzypiec, napędzające utwory kotły, trochę elektroniki, ambientowe tło - tworzy atmosferę z pogranicza epiki i patosu, ale cóż z tego, skoro w tym wszystkim nie ma melodii. Jest tylko ściana dźwięku, nudna i monotonna, od czasu do czasu akcentowana dramatycznym zawodzeniem instrumentów dętych. Żadna z kompozycji nie zostaje w głowie, nie ma tu lejtmotywu, który pociągnąłbym całość na grunt muzyki filmowej możliwej do słuchania w oderwaniu od obrazu. Fakt, nastój jest, ale wszystko to nużone w płytkim patosie, nadętym i rozczarowującym na poziomie melodii, a raczej jej braku.

Wychodzi z tego całkiem poprawny muzyczny pejzaż, który jednak powinien zostać wyłącznie częścią filmu. Producenci mogli więc śmiało podarować sobie wydawanie muzyki z "World War Z" na CD, tym bardziej, że kandydatów na nowego Hansa Zimmera jest już wielu, znacznie zresztą lepszych od Beltramiego, a ten oryginalny to wciąż kompozytor nieoceniony i niedościgniony. Największy błąd OST do "World War Z" to maniakalny wręcz brak motywu (jako taki pojawia się tylko w końcówce "Like A River Around A Rock" - chyba jedynego utworu, którego da się słuchać ze względnym zaciekawieniem), a przez to przeraźliwa nijakość muzyki.

Grzegorz Bryk