Wywiady
EWA KOC

Mieli spotkać się, żeby nagrać jeden utwór na EP-kę Dawida Tyszkowskiego. Skończyło się na powstaniu zespołu, który z punktu widzenia współczesnego przemysłu muzycznego nie ma większego sensu. EWA KOC to pięć osobowości, żadnego oficjalnego lidera i muzyka, w której ważniejsze od perfekcji okazuje się to, co wydarza się między ludźmi. Debiutancki album Nie ma lepszego świata niż ten nagrali razem, na setkę, prosto na taśmę, zostawiając miejsce na przypadek, niedoskonałości i spontaniczność. Z Błażejem Królem, Dawidem Tyszkowskim i pozostałymi muzykami rozmawiamy o demokracji w zespole, gitarowych fantazjach, twórczej wolności i o tym, dlaczego czasami najlepsze rzeczy powstają wtedy, kiedy nikt nie próbuje ich zaplanować.

2026-10-12

Mówicie o EWIE KOC jako demokratycznym zespole bez lidera, a medialnie projekt często sprowadzany jest do „Błażej Król i Dawid Tyszkowski”. Jak się z tym czujecie?

To naturalne, że media szukają sposobu na najszybsze i najprostsze skategoryzowanie nowego tworu. „Zespół Ewa Koc” nie jest tak łatwe w interpretacji dla przeciętnego słuchacza, jak “Projekt Błażeja Króla i Dawida Tyszkowskiego”. Rozumiemy i w związku z tym chyba nie budzi to w nas większego oburzenia. Zawsze będziemy podkreślać swoją zespołowość i myślę, że komunikat medialny z czasem się do tego dostosuje. 

Po co właściwie w 2026 roku zakłada się zespół, skoro rynek tak mocno opiera się dziś na nazwiskach, featuringach i indywidualnych markach?

Gdybyśmy zadawali sobie takie pytania przed założeniem zespołu, to pewnie nic by się nie narodziło. Z perspektywy biznesowo-branżowej nasza decyzja nie ma sensu, bo dzisiejszy rynek działa na innych warunkach, ale my nie jesteśmy grupą przedsiębiorców tylko artystów. Połączyła nas pasja, a nie kalkulacja. 

Patrząc jednak na zagraniczne tendencje, zespołowa muzyka gitarowa wraca do łask niedzielnego słuchacza i coraz śmielszymi krokami zbliża się do mainstreamu. Zespoły takie jak Geese czy Fountains DC są teraz u szczytu popularności i wierzę, że do Polski ta zmiana też może kiedyś dotrzeć. 

Dawid, w którym momencie poczułeś, że to przestał być „twój zespół”, a stało się osobnym organizmem?

Myślę, że to był moment kiedy pierwszy raz usłyszałem jak Błażej śpiewa swoje teksty do muzyki, którą współtworzyłem. Kiedy poczułem, że mogę częściej skupiać się na graniu na gitarze, niż śpiewaniu, to odpowiedzialność w mojej głowie rzeczywiście zmieniła się. 

Błażej, co EWA KOC pozwala ci zrobić, czego nie zrobiłbyś na płycie podpisanej po prostu KRÓL?

Pomimo że na każdym kolejnym solowym albumie staram się ciut zmienić swoją perspektywę patrzenia na muzykę i na tekst, to jednak nie są to ruchy skrajne. Raczej poddaje się chwili w sposób kontrolowany. Z chłopakami w zespole obserwujemy swoje reakcje. Raz nakręcamy się niezdrowo, a czasami stopujemy się nawzajem. Ewa Koc to miejsce, w którym mogę spełnić swoje gitarowe fantazje. Wokalnie i tekstowo też odkryłem kolejny raz, że można inaczej.

Błażej i Dawid, reprezentujecie trochę inne pokolenia muzyczne. Czy podczas pracy zdarzały się momenty, kiedy jeden z was patrzył na pomysł drugiego i myślał: „ja nigdy bym tak nie zrobił”? 

To były bardziej momenty takie, w których patrzyliśmy jeden na drugiego z myślą „super, sam raczej bym na to nie wpadł”, otwierające nowe możliwości albo przestrzenie, gdzie samemu iść nie było okazji.

Nagrywaliście bardzo zespołowo, z dużym naciskiem na granie razem. Co daje wam taki sposób pracy, czego nie da się osiągnąć przy składaniu płyty warstwa po warstwie? 

Taki sposób nagrywania muzyki pomaga nam stworzyć energię i dynamikę, której nie da się zaprojektować przed komputerem. 

To przypadkowość ludzkich rąk, która doadaje naszej muzyce niepowtarzalności. 

Kamil, czy na albumie zostały momenty, które technicznie można było nagrać lepiej, ale emocjonalnie były zbyt dobre, żeby je poprawiać?

Żeby zachować naturalność emocji, brzmienie zespołu, reakcje, dynamikę, zdecydowaliśmy się nagrywać na setkę. Wszyscy razem, prosto na taśmę.  Chcieliśmy żeby cały proces nie był zbyt produkowany właśnie po to, by się trochę odkryć, by pokazać, jakie to jest naprawdę, bez dodatkowych efektów.  Są na płycie momenty, o których myśleliśmy, że może zrobilibyśmy je lepiej, precyzyjniej, ale podczas wspólnej dyskusji dochodziliśmy do momentu, że zabieramy sobie tą naturalność, niedoskonałość, która też jest piękna, a przede wszystkim życiowa. Żyjemy w świecie dążenia do ideału, goniąc idealne życie, idealne brzmienie, idealne nagranie, zapominając, że ideał może sprawić, że nigdy nie będziemy szczęśliwi, bo kto to wie, czym jest ideał... W związku z tym stawiamy na naturalność i najlepszą wersję tego, co potrafimy w danej chwili, bez operacji plastycznych.

Kuba, po tylu latach grania jesteś jeszcze w stanie zostać przez innych muzyków zaskoczony podczas sesji? Kto w EWIE KOC robi to najczęściej?

Myślę, że charakterystycznym elementem tego projektu jest zaskoczenie. Od początku to się dzieje, w dużych dawkach.Pierwsze spotkanie już takie było, bo spotkaliśmy się, by nagrać jedną piosenkę na EP-kę Dawida, a gdy zaczęliśmy improwizować, okazało się, że świetnie się bawimy, że rozumiemy swoje muzyczne komunikaty i powstaje coś, co nas wszystkich ciekawi, kręci i gilgocze… to stan trudny do opisania w kilku słowach, ale to bardzo ekscytujące, wręcz euforyczne uczucie wspólnego tworzenia i nurzania się w kreatywności. Prócz sonicznych relacji doszedł element jakiejś totalnie naturalnej wymiany energii ze wspólnego bycia, rozmów i wygłupów. Każdy ma jakieś moce, doświadczenie i historię - jak superbohaterowie, a wiecie, co się dzieje, gdy oni mają ręce pełne roboty - nudy nie ma.Tak jakby Ewa Koc to była jakaś pięciomiejscowa rakieta, zbudowana dla pięciu pilotów i każdy ma swój kokpit i urządzenia sterujące, pomysły i możliwości by polecieć. I leci to wspaniałe dziwadło, a dokąd - niewiadomo… zatem jest kolorowo jeśli chodzi o dźwięki i wymianę ludzką w najszerszym ujęciu. Odpowiadając na pytanie: tak, jestem wciąż zaskakiwany. Nie będę wymieniał co, kto i w jaki sposób, ale to są serious guys, kipi od sytuacji, pomysłów i dzieją się mega ciekawe rzeczy, o których nie sposób tu opowiedzieć. Nie wyczuwam zagrożenia w postaci znużenia. Wierzę, że dźwięki i muzyka są emanacją jakiegoś porządku wszechświata, nie ma początku i końca, a w tym zespole wszyscy są na to otwarci.

Wawrzyniec, w materiałach o zespole pojawia się określenie, że spajasz pięć różnych osobowości. Jest w tym coś więcej niż tylko PR-owe zdanie? 

Ze względu na mój raczej ugodowy charakter i umiejętność rozwiązywania spraw, mógłbym powiedzieć, że rzeczywiście spajam różne osobowości w tym zespole. Chociaż szczerze mówiąc, niezbyt często muszę sięgać po te umiejętności, bo całkiem dobrze się dogadujemy. A jeśli chodzi o muzykę, to więź wytwarza się między nami wszystkimi, nie ma jednej osoby, która nas spaja. Nie musimy łączyć ognia i wody, chociaż czasami Błażej i Dawid mogą przypominać taką mieszankę, każdy znalazł swoje dobre miejsce w naszym zestawieniu.

Który utwór najlepiej pokazuje, czym EWA KOC jest jako zespół, a nie po prostu sumą waszych wcześniejszych doświadczeń?

Autopilot i Niebezpiecznie blisko - to nasze najbardziej wyjątkowe utwory i jesteśmy w tym zgodni.

Nie ma lepszego świata niż ten brzmi jednocześnie jak deklaracja zachwytu i jak pogodzenie się z losem. Które z tych znaczeń jest wam bliższe?

„Nie ma lepszego świata niż ten” dzisiaj kojarzy nam się z procesem powstawania naszej płyty. 

To był piękny czas i chcemy znowu tam uciec. Wtedy nikt nie szukał lepszego świata, domek w lesie i nasze gitary były wszystkim czego potrzebowaliśmy. Interpretacja tego tytułu codziennie może się zmieniać i to właśnie w nim lubię.

Czy EWA KOC ma być zespołem na lata, czy raczej projektem, który będzie istniał tak długo, jak długo będziecie mieli sobie coś nowego do powiedzenia?

Tak samo jak nie planowaliśmy początku, tak nie planujemy końca. „Ewa Koc” na pewno nie skończy się na jednym albumie.